Wywiady

Wojciech Caniboł: „Piłka pisze różne scenariusze”

Po rozmowie z Mateuszem Szatkowskim przyszła pora na dialog z drugim z zawodników, którzy niedawno przekroczyli barierę stu meczów w Pniówku. Z tak świetnym rozmówcą jak Wojciech Canibołem można by napisać książkę. W tym wywiadzie sprawdziliśmy pamięć naszego napastnika co do jego występów w naszym klubie, zapytaliśmy o jego debiut w Ekstraklasie, zapytaliśmy jak się czuje, a także poruszyliśmy kwestie związane z GKS-em Jastrzębie. Koniecznie przeczytajcie! W gratisie kilka zdjęć „Caniego”.

W swoim debiucie zagrałem przeciwko…

Oj. To było bardzo dawno. Z pamięcią już jest słabo, nie wiem, potrzebuję jakieś podpowiedzi.

Przegraliście 0:1. 11 sierpnia 2012.

Będzie ciężko.

Była to Swornica Czarnowąsy.

Myślę, że bym na to nie wpadł, nie było szans.

Pierwszego gola może pamiętasz?

Pamiętam. Na wyjeździe jeden do zera, bramka w końcówce, ale nie pamiętam z kim. Na pewno to była drużyna z województwa opolskiego. Nie mogę sobie przypomnieć.

LZS Leśnica. Łącznie dla Pniówka zdobyłem…

Wcześniej mnie mogłeś uprzedzić to bym się przygotował na takie pytanie <śmiech>. Myślę, że około 30 bramek.

32 w lidze (w momencie ukazania się wywiadu już 33 przyp. KD) 12 w pucharze.  44 (już 45 przyp. KD) bramki.

No to już niezły wynik powiedzmy.

A przeciwko Pniówkowi zdobyłem…

3 bramki?

4, wszystkie oczywiście w barwach Jastrzębia. Teoretycznie, odchodząc stąd zrobiłeś krok w tył, bo do 4 ligi, ale okazało się dla Ciebie dobrym ruchem. Tytuł króla strzelców i awanse do trzeciej, drugiej i pierwszej ligi.

Odchodziłem, bo mało grałem. Tak to wyszło. Tak czasami jest w piłce, że czasami trzeba zrobić krok w tył, żeby później pójść do przodu i w moim przypadku tak było.  Nawet na dobre mi to wyszło. Jak widać coś tam się udało może nie osiągnąć, ale zrobić w tej piłce naszej, lokalnej dla klubu dużego, bo takim jest GKS Jastrzębie. Muszę przyznać, że odchodząc stąd nie przypuszczałem, że tak się to może potoczyć.

Dostałeś jakąś statuetkę za króla strzelców?

Nie, nie dostałem z Jastrzębia nic, tak się składa. Uścisk prezesa to było wszystko.

Na zapleczu Ekstraklasy nie było Ci dane zagrać. Dlaczego?

Myślę, że parę spraw się do tego przyczyniło. Głównie decyzja zarządu, trenera w Jastrzębiu. Przy okazji jeszcze jakieś tam moje sprawy zawodowe – powiedzmy – nie pozwalały mi, według nich, grać na poziomie pierwszoligowym. Jak wiemy, nie do końca to była prawda, ale tak to trzeba było przyjąć. Na szczęście znalazłem się tutaj w Pniówku i jestem z tego zadowolony.  

Właśnie o tę pracę chciałem zapytać, bo w 2 lidze przecież łączyłeś normalnie prace z graniem w piłkę. Jak to wyglądało? Było dla Ciebie ciężkie?

No tak, tak samo w 3 jak i w 2 lidze łączyliśmy ja i razem ze mną dużo chłopaków, tę pracę i szkołę czy jakieś tam swoje rzeczy.  Na tym poziomie nie byliśmy w stanie się utrzymać z piłki. Powiedzmy, że awansując do pierwszej ligi Jastrzębie chciało przejść na profesjonalizm. Nie ma się też co dziwić, bo to by było dziwne, gdyby człowiek grający w pierwszej lidze musiał pracować na kopalni. Natomiast dla mnie to nie był żaden problem i myślę że przy odrobinie dobrej woli działaczy mógłbym jeszcze pograć w Jastrzębiu. Myślę, że raczej nie było to niektórym na rękę.

Po jednym z goli dla Jastrzębia przeciwko Pniówkowi dosadnie pokazałeś, że się tutaj pomylili. Pamiętasz?

Pamiętam bardzo dobrze. Taki gest może nie udowodnienia komuś czegoś, ale pokazania działaczom, że za szybko ze mnie zrezygnowali, bo mógłbym jeszcze tutaj tej drużynie pomóc. Natomiast ja się rozstawałem w przyjaznej atmosferze. Za tym pierwszym razem po rozmowie z prezesem Wadasem już wtedy bez żadnego żalu. Wszystko sobie wyjaśniliśmy i na stopie przyjacielskiej opuściłem klub. Taka jest piłka i piłkarz musi się z tym liczyć. Po prostu grasz tam gdzie Cię potrzebują, gdzie Cię chcą, a nie tam gdzie ty chcesz.

Pewnie nie wszyscy wiedzą że Wojciech Caniboł ma za sobą debiut w Ekstraklasie i to nie ogon tylko pełne 90 minut. Opowiesz coś o tym?

Tak, to było bardzo dawno temu. Pogoń Szczecin. Na wyjeździe graliśmy. Sytuacja była tego typu, że dochodziliśmy do kadry pierwszego zespołu Odry Wodzisław. Paru chłopaków z juniorów, wyróżniających się. Akurat ten mecz to była sytuacja tego typu, że w Wodzisławiu wtedy bronili się przed spadkiem i ten mecz był o pietruszkę. Dwóch, trzech chłopaków wzięli na to spotkanie. Ten mecz nie miał praktycznie żadnego znaczenia no i zagraliśmy, ja, Remek (Remigiusz Hudek)  mój przyjaciel, z którym się do dzisiaj spotykam. Z tego co pamiętam jeszcze Rafał Krupa i Krzysiek Karpiuk. Czterech chłopaków nas tam było. Niestety skończyło się 1:4, ale zawsze to mile powspominać, że coś takiego się przeżyło.

Sądziłeś, że jeszcze kiedyś tu wrócisz?

Myślę, że jestem na tyle ogarniętą osobą, że wiem, że piłka pisze różne scenariusze. Brałem pod uwagę, że może przyjść taki moment, że powrócę tutaj i będę się starał znowu pomóc Pniówkowi.

Absolutnie nie patrzymy Ci w PESEL, ale na ile lat się czujesz dzisiaj?

Ja się czuję bardzo dobrze jeszcze! To jest nie jest tak że nie patrzą, bo wszyscy patrzą w PESEL. Natomiast fizycznie czuję się jeszcze dobrze. Po moich perypetiach z kolanami już nie ma śladu. Miałem dwie kontuzje, operacje kolan, ale dzisiaj nie odczuwam żadnego bólu. Czuje się dobrze fizycznie i myślę, że jestem jeszcze w stanie tutaj w niejednym meczu pomóc.

Do jakiego wieku chciałbyś grać? Masz jakieś plany na po karierze? Funkcja trenera lub coś związanego z piłką?

Ciężkie pytanie, bo ciężko będzie zrezygnować całkowicie z piłki. Jednak rodzina też mnie potrzebuje.  Mam dwoje małych dzieci, które potrzebują taty. Mam żonę, która od przyszłego roku znowu wraca do pracy po macierzyńskim i trzeba będzie usiąść i się zastanowić. Co dalej? Zobaczymy.

Jestem najlepszym napastnikiem w Pniówku.

Nie.

Jeszcze dla Pniówka strzelę…

Parę bramek.

 

Rozmawiał Kamil Dawid